Yupitergrad | recenzja

Niedawno kupiłam sobie, ekhm dzieciom, Oculus Quest 2. To VR, który nie potrzebuje ani kabli, ani dobrego PC! W teorii to idealna zabawka dla tych, którzy na co dzień grają na Xboksie (bo i PC i PlayStation 4/5 mają wsparcie dla VR). Yupitergrad to dobra wymówka, by sprawdzić o co chodzi w tym VR. Bo jak nie lepiej, jak nie na grze z grapling hookami, wymagającej akrobatycznych zdolności.

Parę słów o Yupitergrad

Za grę odpowiada polskie studio Gamedust. Poznański developer działa od 2015 roku (najpierw pod skrzydłami Setapp) i ma na rynku już kilka gier skupiających się właśnie na wirtualnej rzeczywistości. Sam zespół jest raczej niewielki – kilkanaście osób, ale to nie przeszkadza w przecieraniu szlaków i tworzeniu gier z bardzo unikatową rozgrywką. Jak i tu.

Rozgrywka

Yupitegrad przenosi nas do retrofuturystycznego świata, w którym ZSRR dalej ma się dobrze. Jesteście na to gotowi?


Fabularnie, jako gracz musimy udać się na stację Yupitergrad, uruchomić nowy eksperyment związany z produkcją paliwa i wrócić do domu.

Brzmi wręcz banalnie prosto, prawda?

Tylko kto mógłby pomyśleć, że jakiś szaleniec wymyślił sobie, że najlepiej po stacji poruszać się tunelami? Przy użyciu grappling hooków przyczepionych do rąk? Chociaż, właściwie to nie grappling hooki, a armatka wystrzeliwująca przepychacze do toalety przyczepione do lin.

Sterowanie / poruszanie

Sam mechanizm poruszania się jest bardzo fascynujący. Pamiętajmy, to gra VR, więc nie tylko nasz avatar jest w grze, ale my też, całym swoim ciałem. Wystrzeliwanie przyssawek jest standardowe — trigger na lewym czy prawym kontrolerze odpala odpowiednią. W ten sposób nie tylko przyczepiamy się w odpowiednie miejsca, ale też aktywujemy wszelkiej maści przyciski. Żeby ruszyć musimy dosłownie podciągnąć się na linie. Im mocniej pociągniemy, tym szybciej i dalej będziemy zwijać line. Przyssawki same się nie odpinają.

Oczywiście twórcy stwierdzili, że to samo w sobie jest zbyt proste, więc przyczepić się możemy tylko do niebiskich paneli na ścianach. Po czym, zagrali w grę i doszli do wniosku – nie, nadal za proste. Ostatecznie, obok fruwania po labiryncie i próbie niezgubienia się, zdarzyło mi się parę razy pogubić drogę i wrócić na początek.

Dodatkowo musimy też omijać wszelkiej maści maszyny i zapory próbujące nas zgnieść. Jak przychodzi Wam na myśl Flappy Bird w 3D, gdzie to my jesteśmy tym biednym ptaszkiem, to się nie mylicie.

W grze mamy ponad 50 poziomów, a po ich przejściu możemy się bawić w tryb czasowy, gdzie naszym celem jest dotrzeć jak najszybciej do mety. Wiecie, w ramach ćwiczeń, bo przecież trochę się namachacie i spocicie podczas gry. To tak jak by Wam ktoś próbował powiedzieć, że cały dzień się lenicie.

Tak na marginesie, w Oculusie możecie sobie włączyć licznik spalonych kalorii.

Grafika i świat gry

Gra ma bardzo intrygujący styl graficzny. Przypominający ten z Borderlandsów. Kreskówkowy, z mocno zaznaczonymi czarnymi liniami. Sama stacja jest zbudowana bardzo prosto, nie ma tu dużo detali, ale nie jest też pusto.

Ma to swój ogromny plus – wszystko jest płynne, zero zacięć, przycięć czy inny mikrosekundowych, wymuszonych przerw w grze. To szalenie ważne z wielu powodów.

Jest to tytuł VR i mikrolagi nie tylko psują nam wrażenia z gry, a wręcz wpływają negatywnie na nas. Gra, szczególnie niedoświadczonym osobom, takim jak ja, potrafi nieźle namieszać w błędniku. Jest to problem samego VR-u, gdzie oczy mówią, że przecież lecimy w powietrzu, a ciało mówi: ale jak to przecież czuję ziemię pod stopami. Gdybyśmy na to dołożyli jakieś przycięcia wszystko stałoby się niekomfortowe. Do tego stopnia, że aż nie grywalne.

Na szczęście twórcy Yupitergrad umieją robić gry na wirtualną rzeczywistość i odczuwalny dyskomfort jest minimalny. Dotykać on też będzie głównie niedoświadczonych graczy.

Podsumowanie

Czy wspominałam, że gra jest pełna humoru? Tego słowiańskiego humoru?

Yupitergrad jest genialną prezentacją tego, czym jest VR. Naprawdę czujemy się jak byśmy byli tam, w kosmosie i latali na linach po stacji. Wspomniane zawroty głowy szybko przechodzą i już po paru minutach możemy w pełni cieszyć się byciem rozpłaszczanym przez różne maszyny stojące nam na drodze.

Moje jedyne „ale” to długość gry – zbyt krótka. Z drugiej strony, możemy ją masterować dowoli, więc w sumie – nie, nie jest krótka, jest w sam raz. Do przejścia w jeden wieczór i wymasterowania przez kolejne tygodnie.

Dziękujemy firmie Galaktus za dostarczenie kodu recenzenckiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.