Death Stranding – co o tym sądzę? | recenzja

Na „Death Stranding” poświęciłam niewiele czasu, głównie dlatego, że nie miałam kiedy grać lub akurat ktoś inny przechodził grę. Mimo wszystko jednak kilka godzin spędziłam nad zeszłorocznym hitem, o którym było tak głośno. Co myślę o kolejnej grze Kojimy?


Kojima Productions – to dziecko Hideo Kojimy, jednego z najbardziej rozpoznawalnych projektantów gier wideo. Ojciec popularnej serii Metal Gear, która nadal cieszy się ogromnym powodzeniem wśród graczy. Firma odziedziczyła nazwę po studiu należącym do firmy Konami, w którym Kojima dowodził w latach 2005-2015.

Death Stranding” to przygodowa gra akcji o specyficznym klimacie, w której przedstawiono groteskową wizję przyszłości. Światem wstrząsnęła seria wybuchów, które sprowadziły serię nadprzyrodzonych zjawisk. Wśród powstałych anomalii wyróżnić można deszcz o niezwykłych właściwościach. Wszystko, co zostanie dotknięte przez tzw. opad temporalny (Timefall), ulega przemieszczeniu w czasie. Istotna jest obecność niewidocznych gołym okiem istot – Wynurzonych (Beached Things – BT). Stanowią zagrożenie dla wszystkich mieszkańców planety. Do ich wykrycia wymagany jest noszony na ramieniu skaner o nazwie „odradek”, który wskazuje ich lokalizację.


Od czego tu zacząć…

Rozpoczynając swoją przygodę z „Death Stranding” stwierdziłam, że skupię się na każdym filmiku i na każdej opowieści, jaka pojawi się w trakcie. Nie sądziłam, że podczas pierwszej godziny gry aż 75% czasu zajmą właśnie takie animacje. Już wtedy wiedziałam, że ten typ rozgrywki nie jest dla mnie, choć naprawdę bardzo chciałam w to zagrać. W rezultacie mój entuzjazm się zmniejszył, a chęć do odpalania tego tytułu drastycznie zmalała. Zaczęło się to robić irytujące. 5 minut biegu i 20 wideo.


Jednak słowa uszanowania należą się temu, jak gra prezentuje się graficznie. Krajobraz stworzony przez Kojimę aż miło się ogląda. Zadbano o najmniejsze detale, na które niejeden już nie zwraca pewnie uwagi. Wiadomo, im nowsza gra, tym grafika prezentuje się znacznie lepiej. Nią, mogę powiedzieć, że zostałam lekko oczarowana. Nawet zmarszczki na twarzy głównego bohatera Sama Portera Bridges’a (któremu sylwetki udzielił Norman Reedus) wyglądają maksymalnie realistycznie.

Hipnotyzująca muzyka w „Death Stranding”

To kolejna rzecz, co do której nie można powiedzieć złego słowa. Podczas rozgrywki towarzyszą nam utwory m.in. spod skrzydeł Major Lazer, Alana Walkera, Bring Me the Horizon czy The Neighbourhood. Piosenką, która absolutnie skradła serca graczy i która doskonale pasuje do gry to singiel szkockiego zespołu CHVRCHES – „Death Stranding” oraz fenomenalny numer „Don’t Be So Serious” – Low Roar. Dla tej muzyki można zagrać. Playlisty z soundtrackiem znajdują się na Spotify, a to jedna z nich.

Trochę gry, więcej opowieści

Cut-scenki, które trwają, dosłownie, godzinami, jednych irytują (w tym mnie), a inni są nimi zachwyceni. Z reguły do tej drugiej grupy należą zagorzali fani dzieł Kojimy. Całość to taka „Moda na sukces”, w której po kilka razy powtarza się te same informacje, byleby je wryć w głowę gracza i by o nich zapamiętał maksymalnie jak najdłużej. Mam przeczucie, że końcowych filmików w grze mogłabym nie zobaczyć. Skończyłoby się na wyłączeniu konsoli i pójściu do łóżka.

Ludzie, którzy przetrwali kataklizm Death Stranding”, wychowywali się w erze mediów społecznościowych (co nie powinno nikogo dziwić). Walutą okazały się znane nam doskonale „Lajki”. Nawet wszystkie poważne i bardzo ważne tematy zawarte w wiadomościach e-mail, odczytujemy spod fali bijących po oczach emoji. Przesada? No, może ociupinkę, choć kto wie, co nas czeka w przyszłości… Już teraz wymieniając z kimś zdania bez korzystania z emoji, nasz nastrój odbierany jest jako ponury, ponieważ nie dodajemy buziek. Smutne to.


O co w tym „Death Stranding” chodzi?

Wcielamy się w postać kuriera Sama, który głównie będzie wykonywał zlecenia w postaci dostarczania przesyłek. Przemierza on to, co pozostało z Ameryki, chroniąc się przed zdradliwym opadem. Zadaniem graczy jest odbudowanie relacji i komunikacji międzyludzkiej oraz stworzenie zupełnie nowego Miasta Zjednoczonej Ameryki (uwaga, będziecie budować drabinki). Dlaczego? Po serii wybuchów, które sprowadziły na Ziemię nadprzyrodzone zjawiska, ludzie pozamykali się w lokalnych bunkrach, unikając kontaktu ze światem.

Podczas gry trzeba pamiętać, że każdy ekwipunek ma swoją wagę i trzeba porządnie się zastanowić, co zabrać ze sobą z bazy. Wszystkie skrzynki, które narzucamy na plecy Sama, sprawiają, że sterowanie i utrzymanie równowagi podczas podróży staje się coraz cięższe. Sama fabuła gry jest (dla mnie!) lekko nudnawa, bo rozwija się bardzo długo. I zakręcona jak słoik. Taki już chyba urok Kojimy.


Co z czym się…

Nie wiem. Tak jak już wspomniałam, udało mi się przetrwać zaledwie jednocyfrową ilość godzin przy tej grze. Może pewnego dnia uda mi się znieść znacznie więcej, ale teraz nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy to nastąpi. W „Death Stranding”, przyznaję, nie brakuje lekkiego poczucia humoru i nieco „chamskiej” reklamy Monster Energy Drink (choć lubię Monsterka).

Ciężko wypowiadać się o grze, której się nie skończyło nawet w 1/3, choć skoro nie wciągnęła od samego początku, nie ma się co dziwić. Miałam niestety nadzieję, że skoro to tak głośny tytuł (zachwalany przez wiecie jakich fanów), to będzie inaczej. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość zwolenników tytułu i twórczości Hideo Kojimy za chwilę mnie zje, tak więc czekam. Gra, choć ma świetną grafikę i doskonale dopasowaną muzykę, nie zachęca mnie do dalszej rozgrywki. Szczerze, wolę nawet po raz drugi odpalić jakiś serial na Netflixie, niż wykonać kolejną kurierską misję Sama. I nic na to nie poradzę, choć bardzo chciałam w to zagrać i przekonać się na własne oczy, że ta gra faktycznie od pierwszych minut jest „taka znakomita”.

Rick? Morty?

Oooo, jak ja ich kocham! Oglądaliście już pierwszą część 4 sezonu? Pojawił się w okresie świątecznym, więc to kolejna super niespodzianka od Netflixa (zaraz po „Wiedźminie”). Ale teraz nie czas na opowieści o pijanym Dziadku i przygłupawym Wnuku. „Death Stranding” było reklamowane w każdy możliwy sposób. Ten serial animowany dla dorosłych również został wykorzystany do promocji gry. I przyznaję, kiedy zobaczyłam ten spot i nawiązanie do tytułu, myślałam, że się przewrócę ze śmiechu. A leżałam, więc byłoby to nie lada wyzwanie.

W trakcie wyprawy Rick i Morty kłócą się, co zrobić z dzieciakiem w butli. I choć początkowo Morty jest sceptycznie nastawiony do propozycji Ricka, to ostatecznie obydwaj zgadzają się, by go skonsumować. Czemu? Ponieważ „może dać im super siłę albo długi skok”. Typowy humor dla tej bajki. Uwielbiam.

Ostatnie marudzenie

A zatem, skoro gra przez wielu jest doceniana, co złożyło się na fakt, że podczas Black Friday, „Death Stranding” stale i gwałtownie nurkowało w rankingu sprzedaży w UK? Dlaczego tytuł tak szybko zniknął z listy ekskluzywnych gier na PS4? Nie znam się, ale coś mi się tu jednak nie zgadza…

Czy kiedykolwiek wrócę do tej gry – czas pokaże. Skoro nie wciągnęła mnie na samym początku, ciężko będzie mi przekonać się do niej w którymkolwiek momencie.

Dziękujemy firmie PlayStation Polska za udostępnienie gry do recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *