Record of Ragnarok | recenzja

Swój jedyny wolny dzień, który przypadł na sobotę, pomiędzy maratonami II zmian w pracy poświęciłam na… Oglądanie 1/8 finałów Euro 2020, odpalenie na moment Spidermana na PS4 (to mój były), no i… Postanowiłam, że przed premierą 5go sezonu The Seven Deadly Sins (28 czerwca na Netflixie), włączę sobie coś innego. W propozycjach na pierwszym miejscu pojawił się tytuł Record of Ragnarok. Nie zastanawiałam się ani minuty. Co więcej, wcale nie żałuję, że skusiłam się właśnie na to anime.


UWAGA: W poniższej recenzji mogą pojawić się spoilery. Jeżeli jednak nie chcesz ich zobaczyć, najlepiej odpuść sobie jej lekturę, do momentu, w którym zobaczysz serial.


Record of Ragnarok (Shūmatsu no Walküre), to jedno z najnowszych anime, które zostało oparte na zdobywającej coraz większą popularność mandze, rozpoczętej w 2017 roku. Jej twórcami są Shinya Umemura, Takumi Fukui oraz Ajachika. Historia przedstawiona w tej produkcji koncentruje się na nietypowym turnieju. Do walki przeciwko Bogom staje Trzynastka najpotężniejszych ludzi z różnych epok. Stawką tych pojedynków 1 vs. 1 jest przetrwanie ludzkości. Dlaczego? Ponieważ Rada Bogów postanawia przestać chronić ludzkość, twierdząc, że na ową ochronę na kolejne 1000 lat nie zasługuje. Pokonanie ich będzie trudne, ale nikt nie powiedział, niemożliwe. W Record of Ragnarok znajdziemy absorbującą akcję, elementy fantasy i science-fiction. Momentami chwyci za serca i sprawi, że zakręci się symboliczna łza w oku. Za produkcję odpowiada Warner Bros. Japan.

Fabuła, która wciąga!

Takiego pomysłu na fabułę nie powstydziłby się nawet najlepszy scenarzysta na świecie. Odpalając pierwszy odcinek, zrobiłam to bardziej na zasadzie – mam jeden wolny weekend pomiędzy maratonem w pracy, zrobię WSZYSTKO, na co brakuje mi czasu. I tak też się stało. Zalogowałam się na Netflixa, w propozycji ukazał się tytuł Record of Ragnarok, więc długo się nie zastanawiałam. Ba, nawet już po pierwszym odcinku napisałam starszemu bratu, że mocno polecam (on też czeka na nowy sezon 7DS). Postacie, pomysł na bitwę pomiędzy Bogami a przedstawicielami Najsilniejszych Ludzi, przepleciony humor, który może się podobać. Wszystko stwarza spójną całość, która po pierwsze za szybko się kończy (odcinki mają ok. 25 minut), a po drugie od razu ma się ochotę dowiedzieć, co dzieje się dalej. Tak, odcinki kończą się w takich momentach, które wręcz zmuszają do włączenia kolejnego. W tym przypadku ciekawość wygrywa!

Pierwsze wrażenie po pierwszej walce

Pomyślałby kto, że zobaczę Thora w wersji anime! Na to, że Zeus zostanie przedstawiony pod postacią chudego, trzęsącego się staruszka, nie wpadłabym nigdy. A gdyby ktoś powiedział mi, że Adam, pierwszy mężczyzna z Raju będzie takim uroczym blondynem, chyba bym go wyśmiała. Jeszcze niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego Walkiria, która przypomniała Radzie Bogów o Ragnaroku, ma na imię akurat Brunhilda i nie będę miała już więcej pytań. Naszym oczom w pierwszym sezonie ukażą się trzy walki.

Thor zmierzy się Lu Bu, Zeus z Adamem, a Posejdon z Kojiro Sasaki. Pierwsza walka, jaką zobaczymy, to właśnie Thor i Lu Bu. I muszę przyznać, że pojedynek tak mnie zaabsorbował, iż niewiele brakowało, by po zakończonej walce zacząć delikatnie pociągać nosem i przecierać oczy. Na całe szczęście, humorystyczne dodatki szybko wywołały uśmiech na twarzy, a epicka walka odeszła w zapomnienie. Jak odbiło się to na ogólniej opinii? Tak, że z niecierpliwością czekałam na walkę nr. 2, w której nieoczekiwanie, pomimo planów, naprzeciw Adama stanął Zeus. Żeby było ciekawiej, napompowany jak Pudzian podczas zawodów Strong Man w 2005 roku.

Odrobina nieco zmienionej historii

Każdy, kto stanął w obronie ludzkości, niósł ze sobą swoją historię. Przyznaję, że każda z nich była bardzo ciekawa, jednak to, jak zostało przedstawione wypędzenie z Raju i kuszenie przez węża, może się niektórym nie spodobać. Osobiście taka wersja jest dla mnie bardziej satysfakcjonująca niż ta, którą znamy wszyscy od dziecka. Nie będę opisywać każdej historii, bo nie o to w tym chodzi. Jednak chylę głowy przed twórcami mangi za genialny pomysł. Walki, w których znane nam postacie stają naprzeciw siebie, budzą wielkie zainteresowanie, a opowiadanie historii bohaterów jest doskonałym dodatkiem. Record of Ragnarok sprytnie przełamuje znane nam mitologiczne i biblijne teksty, które wyrecytujemy nawet po przebudzeniu w środku nocy. Szkoda, że Bogowie nie wykorzystują w pełni swoich mocy, jakie znamy, a np. Posejdon nie wywołuje na arenie wielkiego Tsunami. I choć w pierwszym odcinku zobaczyłam podobiznę do Attack on Tittan, to nie przeszkadzały mi te wielkie „aniołojady” ani trochę.

Tej grafiki w Record of Ragnarok to trochę szkoda

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że momentami razi w oczy jeden szczegół. Podczas walk często naszym oczom ukazuje się statyczny obraz, który zostaje jedynie ozdobiony niezłą ścieżką dźwiękową. Nie mówię, że jakoś bardzo mi to przeszkadza, natomiast takich scen jak na jeden odcinek zdarza się bardzo dużo. Tytuł ma ogromny potencjał, więc mógł zostać nieco bardziej rozwinięty, jeżeli chodzi o same animacje. Postacie w tle są obrazem, który nawet nie drgnie, natomiast ruchu dostarczają jedynie najważniejsze i główne postacie. Szkoda, bo tytuł jest świetny, a pomysł na przedstawienie znanych postaci z mitologii i biblii jeszcze lepszy. Ten błąd ratuje na całe szczęście muzyka, która doskonale dopasowuje się do stylu walki i akcji na arenie.

No to oglądać, czy nie?

Oto jest pytanie. Record of Ragnarok ma swój urok i potrafi zaabsorbować do tego stopnia, że wystarczy kilka godzin w ciągu dnia, by skończyć cały sezon. Barwnie przedstawione postacie ze zmienionymi historiami, jakie znamy, sprawiają, że możemy je szybko polubić. Szkoda, że graficznie tytuł ten nieco stracił, jednak jest wiele czynników, które go ratują. Przede wszystkim akcja, która przeplata się z przeszłością. Muzyka, która dopasowuje się do stylu walki toczonej przez dwójkę poszczególnych bohaterów. Fabuła, która w swojej prostocie jest bardzo interesująca. Humor, którego nie brakuje, a który dodaje nieco smaczku do produkcji. No i nasi ukochani bohaterowie, których historie znamy od lat, jednak tym razem zostali przedstawieni nieco inaczej. Więc odpowiadając na pytanie, czy warto, odpowiadam – jak najbardziej. Czy pojawi się drugi sezon – nie mam pojęcia, ale bardzo bym chciała.

Record of Ragnarok jest dostępne na Netflixie od 17 czerwca 2021.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.