Huel, czyli o jedzeniu w proszku

Gdzieś obok rozmów o produktywności czy o diecie, pojawia się temat Soylentu. Jedzenia, które przygotowuje się w kilka minut, z proszku, a dostarcza wszystkiego, czego organizm potrzebuje do życia. Jednym z takich wynalazków jest Huel. Kumplujemy się już kilka miesięcy.

Huel reklamowany jest jako kompletne jedzenie, zbilansowana dieta, która dostarczana jest do naszego domu w formie proszku lub butelek z gotowym płynem. Jak pewnie się domyślacie, proszek jest o wiele tańszy i to właśnie jego kupuję.

Liczby

Minimalne zamówienie to dwie paczki z proszkiem, łącznie prawie 3 kilogramy. Starcza to na około 28 posiłków. Konkretna liczba jest ciężka do wyliczenia, bo nawet tą samą miarką można sobie nabrać różne porcje. U mnie to zawsze wychodzi trochę więcej, bo zazwyczaj wrzucam 3 miarki, zamiast 4. Proszek wsypuje się do ok. 400 ml wody lub mleka i miesza. Albo w shakerze, który dostajemy w pierwszym zamówieniu, albo w wysokim pojemniku z blendera. Kiedyś częściej używałam blendera, bo nie umiałam dobrze rozmieszać proszku w shakerze, teraz przeniosłam się na shaker, bo Huel trzymam w pracy. Tak przygotowana porcja zastępuje obiad. Choć może zastąpić też każdy inny posiłek w ciągu dnia.

Zakładając, że Huel to mój lunch, jedna porcja w ciągu dnia, to paczka starcza mi na minimum 3 tygodnie. I choć tanio nie jest (2 paczki za 54 Euro, około ~230 PLN) to wychodzi lepiej, niż lunch na mieście. Nawet wyjście do McDonalds jest droższe. A na pewno i zdrowsze. I choć oczywiście, kanapki czy makaron przygotowane w domu będą tańsze, to jeszcze jest kwestia czasu stania przy garach, czyli dodatkowych kilkunastu minut, które musiałabym rano spędzić w kuchni.

Prosta matematyka mówi, że to około 1.5 euro za posiłek. Za tyle kupić tutaj mogę muffinkę, cheesburgera albo kawę. Typowa kanapka z mięsem to minimum 3 euro – nie może to być coś małego, skoro ma starczyć na prawie cały dzień. Śniadanie przed wyjściem z domu o ósmej, lunch o 13, a dopiero po 19 docieram do domu, jak i większość ludzi ode mnie z biura.

Eko!

Do tego dochodzą jeszcze takie kwestie jak zero odpadów – jedna torba na 3 tygodnie, do umycia tylko shaker i ewentualnie blender, nie ma papierków, folii czy odpadów. Eko? No chyba tak.

Czy to smakuje?

Tak. Po pierwsze jest mnóstwo smaków do wyboru. Waniliowy, czekoladowy, owocowy, kawowy, mięta z czekoladą, bez smaku i oryginalny, który jest lekko waniliowy. Za mną już/dopiero 4 – wanilia, czekolada, kawa i owoce. Owocowy mam w pracy (truskawki, maliny, jagody) i jest najgorszy z tych czterech, choć nadal smaczny. Jeśli ktoś jest bardziej wybredny i przeszkadza mu smaku Huela, są jeszcze proszki smakowe, które naprawdę mocno zmieniają doznania. Truskawka z bananem, czekolada, toffee, macha, rabarbar, ananas… Do wyboru jest teraz ich aż 11. Choć oczywiście, jeśli bawicie się blenderem, możecie dodać też kawałek banana czy innych owoców do mieszanki, albo kawę rozpuszczalną, albo w ogóle zrobić Huel na mleku, zamiast na wodzie. Sposobów jest mnóstwo, a i z pierwszym zamówieniem dostaniecie książeczkę z przepisami.

Czy to działa?

Huel syci, tyle wiem. Sprawdza się jako lunch (3-4 łyżeczki na 500 ml wody), śniadanie (2 łyżeczki, 250 ml do szklanki) czy pełny obiad (bardziej 4 niż 3 łyżeczki). W pierwszych dniach prawdopodobnie Wasz organizm będzie się przyzwyczajał, a i sam Huel mówi, żeby nie próbować przechodzić na SAM Huel w pierwszych dniach. Jeśli ktoś ma życzenie jeść tylko to, to może, oczywiście. Choć dobrze robić to stopniowo, najpierw zastępując jeden posiłek, potem kolejny.

Po co?

Dlaczego warto bawić się w Huel?

Wiadomo, że obiad w szklance to nie taki prawdziwy rodzinny obiad. Może i nie daje takiej frajdy jak gołąbki, dobra ryba, pierogi czy schabowy z fasolką szparagową. Z drugiej strony, nikt nie mówi, że Huel trzeba pić w biegu. W pracy nie zabieram go ze sobą do biurka, siadam przy stole w kuchni, otwieram książkę i czytam, przy okazji „jedząc”. Nie omija mnie ten czas, kiedy wszyscy siedzimy razem i jemy. Omija mnie natomiast poranne przygotowanie czy wyskakiwanie po jedzenie w trakcie przerwy – muszę tylko wlać wodę, wsypać proszek i zamieszać. A po wszystkim umyć shaker.

Czasem się zastanawiam, czy przechodzenie na sam Huel ma sens. I może ma. Ile to zaoszczędzonego czasu! I dobrze wyliczonych kalorii. A potem sobie myślę, że przecież lubię gotować i lubię dobre jedzenie. Nie odpuszczę sobie przecież kormy czy innego curry, ruskich pierogów czy nawet głupich kanapek z paprykarzem. Jest to jednak zdrowa alternatywa szybkiego posiłku. Na dni, kiedy mi się nie chce tracić czasu, kiedy nie mam pomysłu albo lodówka świeci pustkami, bo nikt się nie wybrał po mięso.

Paleo? Wege? A co z glutenem?

Huel nie jest paleo. Jest za to produktem wegańskim. W oryginalnej wersji zawiera gluten, choć można i sięgnąć po specjalną edycję bez glutenu. Bez laktozy. Soi. GMO. Jest to wtedy troszkę droższe, ale chyba można było się tego spodziewać. To nadal dobra alternatywa dla wszystkich tych, którzy glutenu nie mogą.

Ja i Huel

Ja się z Huelem na pewno jeszcze nie żegnam. Na stałe chyba przejdę na wanilię i czekoladę z okazjonalnym dosypywaniem któregoś ze smakowych proszków. Testery można kupić za niecałe 3 euro – jest w tym 10 małych saszetek na 1 lub 2 razy. Dla zabieganych to naprawdę świetny pomysł. I co ważne, jest dostępny w Europie. Jest jeszcze Soylent, amerykański produkt, który wychodzi o wiele, wiele drożej. Według zdania kupujących na Amazonie jest też obrzydliwy. Chyba nie ma się nad czym zastanawiać.

A z istotnych rzeczy, działa tam również program polecający, czyli jeśli zamówicie Huel korzystając z kodu znajomego otrzymacie 10 euro/50 PLN na swoje zamówienie. Do tego jeszcze dochodzi darmowa wysyłka, a każda kolejna osoba, która skorzysta z Waszego kodu, odejmie 10 euro/50 PLN od kolejnego zamówienia. I tak w kółko. I choć kupony się nie sumują, to jeśli z 54 euro robi się 44, za półtora miesiąca lunchów, to robi się jeszcze fajniej.

Jeśli macie ochotę spróbować, tutaj znajdziecie kod na 10 Euro (bo trzeba wyklikać w takiej walucie, w jakiej będziecie płacić) lub 50 złotych – klik. I nie zapomnijcie dodać sobie darmowej miarki przy pierwszym zamówieniu – przydaje się mieć więcej niż jedną.

PS. to nie jedyny magiczny proszek w moim życiu, ale o tym drugim poczytacie następnym razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Juiz pisze:

Wszystko fajnie to brzmi i wygląda… tylko… doczytałam się że proszek dosładzany jest sukralozą. Niby twierdzą, że ich produkty są dla diabetyków a tym czasem sukraloza:
„Obecnie sugeruje się, że sukraloza może:
– wpływać na funkcjonowanie szlaków metabolicznych,
– aktywować geny wpływające na wzrost masy ciała,
– przyczyniać się do zwiększania ryzyka chorób serca, cukrzycy typu II i zespołu metabolicznego,
– wpływać niekorzystnie na mikroflorę jelitową.”
(źródło: https://wylecz.to/diety/sukraloza-e955-co-to-jest-zastosowanie-szkodliwosc-kalorycznosc-ig/ )

O ile nie będzie badań dających jednoznacznie wynik że diabetycy mogą spożywać bezpiecznie sukralozę o tyle zapewnieniom producenta raczej nie wierzę. Fakt jest taki, że badań na ten temat mało. Zapewnienia nie wystarczą. A moje zdrowie ważniejsze. Przy najbliższej wizycie u diabetologa zapytam o najnowsze doniesienia bo coś mi tu za łatwo to wygląda.
Tym czasem dieta o niskim IG + leki najnowszej generacji i jakoś idzie ^^

Neira pisze:

Jest też opcja Unflavoured & Unsweetened. 🙂

Juiz pisze:

Zdążyłam się zapoznać z ofertą oraz paroma innymi smaczkami na oficjalnej stronie zanim napisałam powyższy komentarz. I ta opcja nie jest satysfakcjonująca. Wystarczy że wiem jak smakuje choćby coś na kształt kleiku z np płatków owsianych itp drobno zmielonych bez dodatków smakowych, tylko z wodą. Niezjadliwe. Także podziękuję.

Neira pisze:

Mnie chyba najbardziej przekonało zbalansowanie makro oraz zestaw witamin i minerałów, bo tego nigdy nie umiałam dopilnować i mój organizm często wykazywał niedobory. Próbuję z czystej ciekawości, czy tak będzie łatwiej i – oczywiście – skuteczniej.

Na razie z pozytywnych zaskoczeń – dużo smaczniejsze, niż się spodziewałam i bardzo sycące.